piątek, 30 września 2016

Czekoladowy makijaż z użyciem czekoladowej palety.

Witajcie!
Dziś piątek, a ja przez to że nie chodzę do pracy mam problem z rozpoznawaniem dni tygodnia :). Dziś chciałabym Wam pokazać jesienny makijaż, bo niestety, jesień zbliża się do nas nieubłaganie. Jeżeli byłybyście zainteresowane jak wykonać taki makijaż, to już wkrótce pojawi się on na kanale. Niestety dziś mam straszny problem z obróbką filmu i pewnie sobie odpuszczę :) Ogólnie szukam jakiegoś dobrego produktu do twarzy, bo może na zdjęciach nie widać, ale mam prawdziwy wysyp.. Mam nadzieję, że jak dobiorę do swojej cery dobre kosmetyki naturalne to problem w końcu zniknie..


Zapraszam do oglądania!








Lubicie takie makijaże?
Z czym Wam się kojarzy jesień?

czwartek, 29 września 2016

To już 40 post na ten temat w blogosferze, ale jak wszyscy, to wszyscy! SPRAWDŹ MOJE TYPY!

Hej kochane :)
Sporo z Was pyta jak się czuję i bardzo mi miło:). Niestety, chorowania ciąg dalszy. Do środy jeszcze choruję :(. Jak widać nie zaniedbuję Wam i staram się codziennie coś tu wrzucić. Dzisiaj przyszedł czas na produkty, które chcę zakupić na promocji w Rossmannie. Wiem, że wiele z Was twierdzi, że nie warto, że ceny są zmodyfikowane przed promocją. Być może, ale jestem tylko kobietą i po prostu na słowo 'PROMOCJA' dostaję małpiego rozumu! Fakt faktem, na poprzedniej akcji Rossmanna nie nakupiłam za dużo, a co będzie teraz to się okażę :). Jeżeli chcecie zobaczyć co polecałam i co kupiłam w okresie, kiedy przecenione były produkty do ust zapraszam tutaj.



wtorek, 27 września 2016

Mam niewymiarową twarz, czy z tym produktem jest coś nie tak?

Hej!
Nie będę Wam pisać w każdym wstępie, że mimo tego, że mam się czuć coraz lepiej, to czuję się coraz gorzej bo to bez sensu. Mam nadzieję, że te ostatnie 2 dni wolnego sprawią, że wyzdrowieję całkowicie i wrócę do pracy w pełni sił  sprawności:).
Kilka dni temu, mimo, że naprawdę czułam się źle, musiałam sobie w końcu coś położyć na twarz. Serio, mam tak niesamowicie wysuszoną i przesuszoną cerę, że przy każdym uśmiechu, zmarszczeniu czoła, czy jakimkolwiek mimicznym odruchu czuję, jak moja skóra na twarzy się ciągnie. Jest spięta, mało elastyczna.. No po prostu wszystko na NIE. Ostatnio kupując kosmetyki rozmawiałam z Panią w drogerii i właśnie ona mi opowiadała, że dużo kobiet teraz skarży się na stan swojej cery i ma podobne objawy jak ja. Czy jest to spowodowane dość ciepłym latem? Nie wiem. Zazwyczaj moja cera była bardziej przesuszona zimą niż latem, a tu teraz taka niespodzianka. Koniec końców będąc przed chorobą w Biedronce podeszłam do szafy z kosmetykami i wybrałam sobie tę maseczkę. Powiem Wam, że możecie się śmiać, ale Biedronka ma czasami naprawdę hity kosmetyczne! Skarpetki peel off w końcu sprawiły, że mam stopy jak małe dziecko, a nigdy takich nie miałam:). Wracając do maseczki, wybrałam sobie tę o której Wam dziś opowiem. Niestety mam mieszane uczucia, więc jak chcecie wiedzieć, co jest jej wielkim plusem, a co minusem niewybaczalnym- zapraszam na post.



Maska znajdowała się w zwykłym papierowym opakowaniu. Po jego otwarciu zabezpieczona dodatkowo była srebrną torebką. Bez obaw, nikt się na pewno do niej nie dostał, ani też nie przenikły do niej żadne czynniki zewnętrzne. Opakowanie dość ładne, rzucające się w oczy. Pewnie gdyby nie ta szata graficzna, która niewątpliwie przykuła moją uwagę, nie zwróciłabym na nią uwagi. Na opakowaniu znajdują się podstawowe informacje o nazwie produktu, składzie, kilka informacji od producenta i sposób użycia zapisany za pomocą piktogramów. Przyznam, że zdziwiłam się, że w żadnym widocznym miejscu nie istnieje nazwa firma. Znajdziemy ją dopiero po odwróceniu opakowania, napisaną małym drugiem na samym dole. Swoją drogą, znacie firmę Estemedis? Ja nie znałam i to pierwszy produkt, który testowałam od nich. Wiem, że jeszcze w swojej ofercie posiadają drugą maseczkę, ale nie jestem w stanie z głowy powiedzieć jakie ona miała właściwości. Szukałam nawilżającej, znalazłam i nie rozglądałam się specjalnie za niczym więcej. 


Kwas hialuronowy to coś, czego poszukuje większość kobiet. Powiem Wam, że ja nie jestem jego jakąś wielką fanką, ale też nie narzekam  na niego. Po prostu miałam kilka produktów, które miały kwas w składzie, albo były robione na jego bazie, a jakoś żaden specjalnie nie utknął mi w pamięci. Myślałam o zrobieniu sobie kwasów normalnie, w jakimś gabinecie, ale moja cera na tyle się uspokoiła ( mam na myśli pryszcze), że na chwilę obecną nie jest mi to w żadnym stopniu potrzebne. Według producenta maseczka ma dogłębnie nawilżyć naszą skórę i przywrócić jej blask i sprężystość. W bajki o opóźnieniu starzenia za kwotę 10 zł, bo tyle kosztował produkt, po prostu nie wierzę:).


Wybrałam maskę w płacie, bo miałam już dość tych pseudo peel-off, które odrywałam kawałkami albo tych zmywalnych, których nie szło zmyć. Tą sobie położę na twarz i leżę. Maska jest maxymalnie nawilżona, przyznam, że jak ją nałożyłam na twarz, to naprawdę poczułam, jak niesamowicie jest mokra. Po prostu aż ociekała z nawilżenia. Jak dla mnie jest to plus, wiem, że płat jest dobrze nawilżony i mam nadzieję, że moja twarz po zdjęciu będzie podobna:). Zapach delikatny, dla mnie jakoś niespecjalnie wyczuwalny. Nie utrzymuje się też zbyt długo na twarzy. Jaki jest minus produktu? Kształt i wielkość. Nie wiem, czy ja mam taką niewymiarową twarz, ale maska z żaden sposób nie wyglądała na mnie tak jak powinna wyglądać. Osoba, na którą była by idealna musiałaby mieć węższą twarz, ale bardziej podłużną, większą przerwę między nosem a ustami i duuuuużo mniejsze oczy. Wyglądałaby komicznie prawda? Niestety, noszenie maski było dla mnie niekomfortowe, ponieważ cały czas skupiałam się nad tym, żeby nie wchodziła mi ona do ust i oczu. Mocno przylega do twarzy, ale szkoda, że nie leży w tych miejscach, w których powinna. 


Jeżeli chodzi o działanie, to nie mam za bardzo jej nic do zarzucenia poza tym, że odczuwałam delikatne szczypanie w miejscach, gdzie skóra była przesuszona na max. Nawilżyła zdecydowanie moją cerę, a po jej zdjęciu została delikatna warstwa produktu, którą dodatkowo mogłam wmasować. Oprócz tego lekkiego pieczenia nie zauważyłam, żeby produkt wywołał jakieś inne reakcje alergiczne lub żeby mnie podrażnił. Podsumowując, nie mówię, że maseczka jest zła. Spisała się dobrze, nawilżyła odpowiednio. Niestety był to efekt krótkotrwały. Podejrzewam, że gdybym używała rzeczywiście jej 2x w tygodniu, to może odczułabym efekt. Niestety, do produkty nie wrócę, ale to tylko dlatego, że niesamowicie wkurza mnie ta niewymiarowość płata. Zakładając taką maseczkę na twarz chcę się zrelaksować, a nie ciągle kontrolować że coś połknę, albo że za chwilę będę musiała płukać oczy.


Testowałyście ją?
Jakie inne maski w płacie możecie mi polecić?

poniedziałek, 26 września 2016

Jesienny makijaż z użyciem nowości.

Witajcie!
Jak Wam się zaczął tydzień? Ja niestety tak strasznie kaszlę, że masakra. Mam nadzieję, że mi to przejdzie, bo w czwartek wracam do pracy. Przed chwilą listonosz przyniósł mi paczuszkę, a w niej nowy krem od firmy Ceres Kosmetyki. Jest to stosunkowo nowa firma, ale zapowiadająca się bardzo dobrze, także koniecznie zerknijcie na profil i zalajkujcie, bo czuję, że to będzie petarda! Pani Marta zadbała również o estetyczną stronę produktu. Krem przyszedł przepięknie zapakowany. Taki marketing to ja lubię:) Jeżeli chcecie zobaczyć unboxing, to zapraszam na snap (kochamkolorki93).

A co w dzisiejsze notce?:) Ano makijaż, który wykonałam w sumie mixem nowości, które od niedawna goszczą w mojej kosmetyczce. Znajdzie się paletka MUR chocolate, którą mam, bo zamieniłam się na nią z moją mamą, będzie kilka cieni, które mam od Asi i jeszcze nowy podkład z L'oreal. Ogólnie misz-masz:). Zdjęć też będzie sporo, bo nie mogę się zdecydować. Zapraszam więc do oglądania, czytania i dyskusji w komentarzach.











LISTA KOSMETYKÓW:
- Podkład L'oreal True Match Rose Beige + Dax Cosmetics Cashmere Baza + podkład odcień 01
- Puder ryżowy Deni Carte
- Bronzer Sensique Deep Bronze
- Rozświetlacz Lovely Silver
- Cienie: Paletka MUR chocolate + Cienie AVON
- Eyeliner My secret
- Tusz do rzęs L'oreal Vollume Million Lashes
- Pomada do brwi Freedom Soft Brown
- Pomadka Liqud lipstick Golden Rose 01

Lubie bordo w makijażu?
Z czym kojarzy Wam się jesień?

niedziela, 25 września 2016

Dbamy o okolice oczu z pomocą śluzu ślimaka.

Witajcie:)
Jak Wam mija niedziela? Pewnie leniwie i rodzinnie jak to niedziela;). Ja dalej się kuruję, ale zrobiłam sobie dziś rosół na obiad. Taki miałam smak na właśnie słony, swojski (tu mi nie wyszło) rosół. W międzyczasie zanim się jeszcze gotuję postanowiłam zajrzeć na bloga i powiem Wam, że wczorajszy post wywołał FALĘ komentarzy pod nim. Oczywiście są osoby, które mnie nie zrozumiały, a koniec końców ja sama trafiłam na forum gdzie hejtowano Karolinę:) No śmiech na sali :). Jeżeli jeszcze nie czytałyście, koniecznie Was zapraszam. Przeczytajcie, oceńcie i jak macie chwilkę to napiszcie,co o tym sądzicie.
Dziś abstrahując od wszystkiego wracam do absolutnie kosmetycznego tematu, a mianowicie chciałam Wam opowiedzieć o kremie pod oczy, który również znalazł się w paczce z firmy Orientana. Jak się sprawdził, za co go lubię i kiedy go najlepiej używać? Zapraszam na notkę.


Osoby, które mnie czytają, oglądają lub po prostu, znają w życiu realnym wiedzą, że moją okropną zmorą i problem są torby pod oczami. Nie raz w komentarzu czytałam miłe rady jak mam z tym walczyć, ale też niezbyt ciekawe komentarze, że np. wyglądam jak ćpun. Cóż... :). Uwierzcie, że próbowałam chyba wszystkich sposobów jakie są, żeby się ich poznać. Nakładałam ogórki, używałam różnych kremów. Był też okres, że myślałam, że te wszystkie problemy spowodowane są brakiem snu i zmęczeniem. Niestety. Nic nie pomagało i żaden z czynników, na które mam wpływ nie pomoże w pozbyciu się tego. Problem jest natury zdrowotnej i tkwi we mnie, więc niestety na chwilę obecną nie mogę nic z tym zrobić. Tym, którzy mnie lubią pozostaje przymrużenie oka na moje oczy :). Pewnie myślicie po co ten wstęp? Po prostu po to bo chce żebyście wiedzieli, że nie będę Was czarować, że torby zniknęły i wszystko wróciło do normy. Nic takiego się nie stało, ale przecież kremu pod oczy nie używa się tylko z tego powodu prawda?:)


Odkąd dowiedziałam się, że okolice pod oczami są pozbawione gruczołowych potowych namiętnie Wam to powtarzam. Pewnie się zdziwicie, że blogerka, która na codzień pisze o kosmetykach, nie wie takich podstawowych rzeczy. No kurczę, nie wiem wszystkiego:). Nie jestem ani z wykształcenia kosmetologiem, ani biologiem, ani dermatologiem. Testuję na sobie, oceniam i bardzo się cieszę, jak ktoś z Was tutaj w komentarzach albo na swoim blogu uświadomi mnie z czymś, o czym nie miałam pojęcia. Z czym się wiąże brak gruczołów potowych w tych okolicach? Z brakiem odpowiedniego nawilżenie, a co za tym idzie? Z powstawaniem pierwszych zmarszczek, z wysuszeniem skóry w tych obszarach, a w ekstremalnych sytuacjach (mówię to z własnego doświadczenia) z uczuciem niesamowitego dyskomfortu i wrażeniem takiego 'ciągnięcia'. Ostatnio w którymś poście wspominałam Wam, że mam strasznie suchą skórę, więc dla mnie idealne są produkty tłuste. Tłuste aż do przesady:). Wiadomo, że żadna z Nas nie chce mieć uczucia oleju na twarzy więc fajnie by było, gdyby produkt natłuszczał, nawilżał, ale jednocześnie szybko się wchłaniał. Czy ten produkt spełnia moje oczekiwania?


Jak zobaczyłam opakowanie po raz pierwszy to pomyślałam sobie 'o kurde, ale śmieszny fajny maluszek!' Rzeczywiście krem wygląda na bardzo mały, przez co na początku mamy wrażenie, że zużyjemy go tak,o! Nic bardziej mylnego! Do wydajności przejdę na końcu, a najpierw standardowo zacznę od wrażeń wizualnych. Produkt zabezpieczony był kartonowym opakowanie, które już niestety dawno zostały wyrzucone. Powtarzałam wielokrotnie, że niestety nie mam miejsca na magazynowanie takich rzeczy. Na kartonowym opakowaniu znajdowały się informacje o produkcie, nazwie firmy, składzie i pojemności. Opakowanie które widzicie, zawiera tylko kilka podstawowych informacji. Na niesamowity plus zasługuje fakt, że krem ma pompkę. O Bogowie! Najlepsze rozwiązanie dla wszystkich kremów.PRODUCENCI! Weźcie sobie do serca, że my naprawdę lubimy pompować :). Pompka zabezpieczona plastikową nakrętką, która nie załapała się do zdjęcia. Pompka (przysięgam ostatni raz to piszę:)) nie zacina się i dozuje potrzebną ilość produktu. Na początku standardowo musiałam nacisnąć kilkanaście razy zanim udało się wydobyć krem, ale tak jest w przypadku wszystkich produktów, które posiadają taką formę aplikacji. Przejdźmy do sedna, czyli do samego produktu. Kolor, najmniej istotna kwestia jest biały. Normalny, bez żadnych drobinek. Zapachu nie wyczuwam żadnego i nie jest to dla mnie problemem. Konsystencja? I tu mam problem z jej określeniem. Jest niby gęsta, ale taka jakby hmm.. oleista? Tłusta i treściwa. Zawsze mi sprawia trudność opisanie konsystencji. Jak dla mnie, jest idealna. Chociaż na początku przyznaje, że była dla mnie typowo śluzowata, co raczej kojarzyło się słabo, ale po paru użyciach uznałam, że właśnie taka forma kremu jest strzałem w dziesiątkę! Przez to, że produkt ma formę pół-oleistą jest niesamowicie wydajny! Wystarczy ociupinkę zaaplikować na palec i spokojnie nawilżymy okolicę oczu. Kolejnym plusem jest to, że produkt wchłania się po prostu w chwili, błyskawicznie! Jest to właśnie to, czego oczekuję od kremów. Nienawidzę takich sytuacji, jak opisałam wyżej, że produkt dobrze nawilża, daje uczucie ukojenia, ale przez 30 min. czuję, jakbym była wysmarowana tłuszczem zwierzęcym. Takiego dyskomfortu żadna z Was tu nie odczuje. 


A jak działanie? Jak wspomniałam na początku, nie liczyłam na zlikwidowanie cieni czy torb pod oczami. Wyobraźcie sobie teraz najdroższy krem świata pod oczy. Już? Powiedzcie w myślach jego nazwę,a  teraz ja Wam odpowiem, że nawet ten krem by ze mną nie dał rady:). Liczyłam na nawilżenie, mniejsze uczucie spięcia i delikatne wygładzenie. Cóż, takie coś dostałam, więc nie mam absolutnie nic do zarzucenia:). Kremu używałam na noc i na dzień, ale jednak lepiej sprawdza mi się, kiedy używam go na dzień. Nie wiem czemu, ale mam czasami takie schizy, że boje się, że coś mi wejdzie w nocy do oka:). Ja strasznie nie spokojnie śpię:). Produkt super sprawdza się pod makijaż. Nie powoduje ani rolowania podkładu, ani korektora. Naprawdę nie mam się do czego przyczepić nawet jakbym chciała:).


Serdecznie polecam Wam ten krem! Jeżeli jesteście nim zainteresowane i chciałybyście się osobiście przekonać jak działa, zapraszam Was tutaj.

A Wy jak dbacie o okolice oczu?
Znacie kremy Orientana?
Jeżeli macie ochotę poznać moją opinię na temat kremu do twarzy z tej samej serii zapraszam Was na moją notkę [klik]

sobota, 24 września 2016

Człowiek człowiekowi wilkiem czyli kilka słów o tym, jak kobiety mogą być okrutne.

Witajcie!
Jak Wam mija sobota?  U mnie dalej kichająco-prychająco z naciskiem na chwilowe bóle głowy. Niestety, ja za długo nie umiem odpoczywać. Dziś już wskoczyłam w normalne (ciepłe!) ubranie, zaścieliłam łóżko i powoli zaczynam żyć, ale ciężko mi to wychodzi. Niestety nie mogę za długo leżeć ze względu na kręgosłup, który po zbyt długim leżeniu daje znać o sobie. Wczoraj spędziłam cały dzień w łóżku, skakałam po blogach, kanałach i forach. No właśnie... forach. To co odkryłam na jednym sprawiło, że naprawdę zrobiło mi się przykro i zaczęłam się wstydzić za nas. Za kobiety. Mimo tego, że NIGDY nie posunęłabym się do czegoś, mimo tego, że NIGDY nikogo tak nie gnębiłam zrobiło mi się wstyd, że niby ta słabsza płeć potrafi się posunąć do czegoś takiego. Ale wszystko po kolei.




Żadna z nas nie jest idealna. Żadna. Ani Ty, ani Twoja najlepsza przyjaciółka, ani Twoja idolka z TV, ani ja. Żadna z nas. Każda ma jakąś wadę, wyimaginowaną bądź nie, która nam przeszkadza. Chcesz, to mogę Ci przedstawić czego ja nie lubię u siebie. Nie lubię nosa, nie lubię moich śmiesznych dziecinnych rąk, niezgrabnych nóg, małych stóp, które uniemożliwiają niejednokrotnie zakup butów o których marzę. Ale z drugiej strony wiem, że mam mnóstwo zalet. Piękne włosy, oczy, biust który lubię. Ty pewnie też tak masz prawda? Ale zazwyczaj NIKT codziennie nie mówi Ci o tym, że coś jest z Tobą nie tak. Nie powtarza Tobie, ani mnie, że mamy brzydkie nosy, twarze, zęby, cerę. Mimo tego, że może sobie nawet tak myśli, to nie powie Ci tego wprost. Dlaczego? Bo w realu nie jesteśmy tak odważni. Wiemy, że to może kogoś zaboleć i wiemy również, że na niektóre rzeczy nie mamy wpływu. Dlaczego ludzie w internecie są tak okrutni? I dlaczego zazwyczaj są o kobiety? Pomóżcie mi to zrozumieć, bo ja chyba nie potrafię...


Zakręciłam tak, że pewnie nie wiesz o co mi chodzi, ale ja już tłumaczę. Śledzę instagrama codziennie i zazwyczaj oglądam zdjęcia, które zostały niedawno dodane. Trafiłam na printa jakiejś rozmowy i weszłam. Okazało się, że to streszczenie Daily Vloga Vlogerki, którą na pewno znacie, a mianowicie Szusz. Pewnie się zdziwiłaś, że ktoś jest na tyle złośliwy, że streszcza w sposób rzecz jasna niemiły czyjeś filmiki? Uwierz, to jeszcze nic. Poczytałam komentarze pod tym zdjęciem i dowiedziałam się, że istnieją specjalne wątki nt. Youtuberów na jednym portalu. Tak jak piszę, z nudów weszłam i w sumie żałuję, bo straciłam wiarę w empatię kobiet. Najwięcej kontrowersji wzbudzał kto? Karolina ze Stylizacji. O niej i o jej mężu zostało przygotowanie 9  (!!!) wątków, a każdy z nich miał około 50 stron!!!
Nie jestem obrońcą uciśnionych, ani sędzią sprawiedliwych, ale na litość boską...Nie mówię, bo Karolina nie jest idealna. Nie uważam jej za guru makijażowe, zgadzam się, że raczej średnio potrafi się malować, że raczej nie powinna udzielać zbytnio rad w tej kwestii. Mogę się również zgodzić z tym, że branie udziału w reklamie prezerwatyw, kiedy target wiekowy moich widzów wynosi 12+ jest słabe, ale teksty jakie tam leciały wywalił mnie z butów...

- śpaślak
- ryj jak kaszka manna
- gruba locha
- warchlak
- maDka i syn

I 'soczyste' cytaty:

- ''on jej całej w pasie objąć nie może, a co dopiero podnieść chyba, że z pomocą wózka widłowego albo kalmara''
- ''Raczej dzieci powinny się przyzwyczaić, że ich guru sie spasła i wstydzi bary pokazać''
- ''Masakra,ma łydke jak ja dwie razem a udo jak moje plecy''
-  ''Że ten joker nie wstydzi się żreć we vlogach''

I tak jak wspomniałam. To jest kobiece forum, na którym wypowiadają się kobiety. Powiedz mi, czemu w niektórych jest tyle nienawiści i zawiści? Czy naprawdę aż tak zazdroszczą Karolinie sukcesu? Osiągnęła sukces. Żyję z kręcenia filmów. Założę się, że nie jedna z nich i z nas chciałaby zarabiać aż tyle na swojej pasji. Napisałam, że nie popieram każdych jej projektów, że nie każdy film do końca do mnie przemawia, ale w życiu nie potrafiłabym gnębić tak człowieka bo jest otyły. Żadna z nich nie zastanowi się, że to chyba coś nie tak, że z dość szczupłej kobiety stała się dziewczyną z dodatkowymi kilogramami. Czy to jest powód, żeby pluć takim jadem? Co to komu przeszkadza? Oczywiście żadna z komentujących nie pomyśli, że być może coś się dzieje z jej zdrowiem? Że może bierze jakieś leki, bo stara się o dziecko? Może ma jakieś problemy poważne o których nie mówi i zajada stres? Czy to że zgrubła czyni ją gorszym człowiekiem? NIE.  To samo odnosi się nt. komentarzy co do wieku jej męża. Czy to naprawdę nasza sprawa, że wybrała sobie za męża 10 lat młodszego faceta? Kogo to boli? Jeżeli chodzi o mnie, to może mieć nawet 20 lat młodszego jak będzie chciała i nic nam do tego! 


Karolina nie jest idealna, popełnia dużo błędów, ale jest człowiekiem, którego tak samo jak mnie i Ciebie bolą niemiłe komentarze. Mimo że tego nie mówi, mimo tego, że może nie zawsze czyta opinie na swój temat, ale jak coś do niej trafi, to na pewno jest jej przykro. Fajnie by było, jakby niektórzy z nas zastanowili się nad tym, zanim coś o kimś napiszą. KAŻDY MA UCZUCIA!


piątek, 23 września 2016

Nie bój się zmiany na lepsze!

Witajcie :)
Jak Wam mija piątek?Ja od wczoraj jestem na antybiotyku i L4 aż do środy. Niesamowicie źle się czuję i angina naprawdę daje czadu. W sumie wszystko zaczęło się niespodziewanie w nocy ze środy na czwartek. W czwartek rano już byłam rozłożona totalnie. Niestety, ja nie umiem odpoczywać. Mimo złego samopoczucia postanowiłam, że dziś do Was przyjdę i opowiem o płatkach, które moim zdaniem, mimo zmienionej formuły okazały się hitem! Ostatnio testowałam je na snapie. Zapraszam Was również tam, ponieważ tam częściej wrzucam 'testy na żywo', a potem tylko opisuje te produkty tutaj. Jeżeli jesteście ciekawi, jak sprawdzają się te płatki- zapraszam na post!


Mimo tego, że mam NAPRAWDĘ suchą cerę i zawsze taką miałam (chociaż nie, był epizod, że miałam tłustą jak olej), to zawsze, ale to zawsze mam miliony wągrów na nosie. Mogę mieć tak przesuszoną skórę na twarzy i nie tylko, że będzie mi schodzić płatami, a na nos pozostanie bez zmian- cały w wągrach. Nie jest to dla mnie jakoś niesamowicie uciążliwe. Szczerze, to nawet o tym zapominam na codzień i nie analizuję, dlaczego mnie to spotkało:). Są jednak chwile w życiu kobiety, że mimo tego, że jej coś nie przeszkadza, to chce spróbować nowości i przekonać się na 'własnej skórze' czy dany produkt działa. Tak było również ze mną. W sumie z totalnej głupoty weszłam do drogerii i zaczęłam szukać jakichś fajnych saszetkowców. Moim celem były jakieś fajne maski w płacie. Już mam dość nakładania i zmywania maseczek... Chciałam znaleźć coś, z czym się położe. Produkt będzie działał, a ja sobie będę leżeć. No coś pięknego :).
Grzebiąc przy maseczkach (swoją drogą, jeżeli czytają mnie tu dziewczyny z Żywca i okolic, to w drogerii, w Galerii Kolorowa są maseczki skin79! Jest panda i chyba foka, lećcie koniecznie!) natknęłam się na te płatki na nos. Produkty Mariona lubię, podobne płatki, tylko w innym opakowaniu miałam więc.....czemu nie?


Opakowanie typowe dla produktów tej firmy. Zwykłe, bez szaleństw w dość intensywnym kolorze obok którego nie przejdziecie obojętnie. Na saszetce został zawarte podstawowe informacje takie jak nazwa firmy, produktu, ilość płatków, skład, kilka informacji od producenta i sposób użytkowania. Dobrze, że na przedniej stronie znajduje się zdjęcie jak zaaplikować płatek, bo ja po otwarciu byłam święcie przekonana, że mam go nakleić drugą stroną- brawo ja :).
W opakowaniu znajduje się jeden płatek, czyli tylko raz możemy go sobie zaaplikować na nosek. W sumie ładnie by to było obrzydliwe, jakby ktoś takiego zasyfionego płatka naklejał na nos jeszcze raz (brrr!). Mam porównanie z tymi wcześniejszymi płatkami, więc mogę Wam napisać, czym różnią się od siebie i które są lepsze.  O tych wcześniejszych pisałam w tej notce. Serdecznie Was do niej odsyłam, bo to była pierwsza z moich notek i mam nadzieję, że po przeczytaniu jej zauważycie jakiś progres w moim blogowaniu:).


Jedyną rzeczą, która jest gorsza niż w przypadku poprzedniej wersji jest zapach. Serio! Tamte płatki były totalnie bezzapachowe. Te niestety śmierdzą. Jest to dość uciążliwe biorąc pod uwagę fakt, że aplikujemy je na nos. Szczęście w nieszczęściu, że po jakiejś chwili ten zapach jest niewyczuwalny. Cała reszta to litania plusów! Płatki niesamowicie mocno trzymają się na nosie. Tamte musiałam dodatkowo zwilżać jeszcze wodą po naklejeniu na nos. Tutaj, wystarczy zwilżyć tylko nos przed naklejeniem. Trzymałam przepisowo 15 min. i po tym czasie miałam WIELKI problem z ich odklejeniem! Płatki tak strasznie przylegają do nosa. Co po odklejeniu? Sporo, sporo czarnych 'igiełek', które są okropnymi wągrami. Najwięcej ściągnęło ich z przedniej części nosa, trochę mnie po bokach. Poza tym, nos był bardzo miękki w dotyku i tak jakby...nawilżony (?). Jestem niesamowicie zadowolona z ich działania!


Jeżeli macie problem z wągrami na nosie, serdecznie polecam Wam ten produkt! Za cenę 2,50zł dostajecie płatek, który z pewnością oczyści Waszych twarzowych intruzów:)

Znacie te płatki?
Jakie produkty polecicie do oczyszczania twarzy?

środa, 21 września 2016

Pierwszy raz mnie zawiodłaś...

Cześć!
Już środa! Ale tydzień szybko leci, jak ma się wolny poniedziałek no nie?:) Jeszcze dwa dni i znowu weekend:)? Na ten, nie mam niestety planów, ale kto wie? Może się coś jeszcze wyklaruje. Szkoda, że pogoda tak strasznie się popsuła. Nie wiem jak u Was, ale u mnie jest zimno, mokro i ogólnie pogoda pościelowa. Dziś w radiu słyszałam, że już wkrótce w górach mają być opady śniegu! Znowu teraz będzie zima, a na święta temperatura na plusie- standard. 
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o masce z mojej ulubionej firmy, która niestety nie sprawdziła się u mnie totalnie i stąd tytuł posta. Ziajo, pierwszy raz mnie zawiodłaś i mam nadzieję, że ostatni. Jeżeli jesteście ciekawi co nie tak z tą maską, zapraszam na post. 


Brzydko mówiąc, ale maskę kupiłam z typowego 'braku-laku'. Po prostu skończyła się moja z Kallosa, a że nie miałam nic innego pod ręką, to musiałam spróbować czegoś nowego. Akurat tak się stało, że nie miałam 'pod ręką' żadnej drogerii i musiałam się zadowolić asortymentem z supermarketu. Zazwyczaj nie kupuję tam produktów do włosów, ale tak jak piszę- wyjścia nie było. Jak zobaczyłam produkt Ziaji, to myślałam, że się nie zawiodę. Ziaja to sprawdzona firma. Miałam od nich mnóstwo produktów, często chwaliłam je i nawet na początku mojej przygody blogowej pojawiły się komentarze, że współpracuje z tą firmą. Niestety, nie udało mi się z nimi nawiązać współpracy, ale mimo tego, kupowałam coraz to nowsze kosmetyki, które oferowali. Strasznie się ucieszyłam, kiedy w galerii niedaleko mnie otwarli sklep firmowy. Wiedziałam, że będę miała wszystko pod ręką. Co takiego się stało, że maska totalnie mi nie spasowała?



Produkt znajduje się w plastikowym, minimalistycznym opakowaniu. Zawsze ceniłam Ziaję, za tą prostą, czystą i elegancką szatę graficzną. Na opakowaniu znajdują się informacje o nazwie produkty, firmy, kilka słów od producenta, gramatura, sposób użycia oraz skład. Słoiczek jest odkręcany, co zazwyczaj jest słabą opcją w przypadku produktów pod prysznic. Nie można tego też uznać za wadę nie do wybaczenia, bo właśnie taka forma opakowania umożliwia nam wyciągnięcie produktu do ostatniej kropli. Maska zabezpieczona była sreberkiem więc miałam pewność, że nikt wcześniej jej nie dotykał. 
Niestety nie udało mi się odzyskać zdjęcia maski, więc nie pokażę Wam, jak wyglądała konsystencja. Postaram się ją opisać, w sumie to nic trudnego. Skoro maska, więc konsystencja typowa dla tego typu kosmetyków. Gęsta, ale umiarkowanie. Odrobinę płynny, ale nie przeciekający przez palce.Tutaj, nie mam nic totalnie do zarzucenia. Dzięki takiej konsystencji a nie innej, produkt idealnie nakłada się na włosy. Nie spływa, ale też nie robi 'glutów' na głowie. 
Kolor, chociaż może to mało istotny szczegół jest biały. Zapach, czyli coś, na co dla odmiany zawsze zwracam uwagę jest nawet przyjemny. Nie umiem go dopasować do żadnego konkretnego produktu, nie umiem go z niczym porównać. Jest słodki i co najdziwniejsze, na włosach się zmienia i pachnie zupełnie inaczej. Tu również nie mogę nic zarzucić. 


Wydajność, jak w przypadku każdego takiego produktu u mnie jest dość słaba w kierunku żadnej. Takie 200 ml. włosów przy mojej długości włosów i gęstości wystarczy mi maxymalnie na 5-6 razy. Dużo? No moim zdaniem nie. Co prawda produkt nie jest drogi, bo kosztuje ok.7zł, co nie zmienia faktu,  że gdyby się u mnie sprawdziła to chciałabym, żeby służyła mi dłużej. Niestety, nie sprawdziła się totalnie. Zrobiła mi TOTALNE siano na głowie. Miałam takiego sianowatego, blond baranka. Rozczesanie włosów? To czynność granicząca z cudem! Zużyłam ją do końca, bo generalnie nie lubię wyrzucać produktów ale wiem, że nie wrócę do niej nigdy!



To pierwszy produkt z tej firmy który mnie zawiódł i mam nadzieję, że ostatni.

A Wy jakie lubicie maski?
Macie sposoby na łatwiejsze rozczesywanie włosów?

niedziela, 18 września 2016

Kremowe, koralowe..Jak to możliwe?:)

Cześć!
Ja pewnie już sobie siedzę w Zakopanem i nie wiem czy spaceruję, cy zamulam w pokoju, bo tą notkę piszę w sobotę, a dziś pogoda wyjątkowo nie nastraja..
W tej notce chciałabym Wam przedstawić pomadkę (?), kredkę (?) sama nie wiem, jak mam zakwalifikować ten produkt. Wiem tylko jedno jest super i cieszę się, że dałam mu drugą szansę Czasem potrzeba czasu, żeby się zaprzyjaźnić z danym kosmetykiem :) Gotowi? No to zaczynamy!


Zacznijmy od tego, że kocham, uwielbiam i ubóstwiam matowe produkty do ust. Niestety, wszystkie mają jedną wadę- okropnie wysuszają usta. I to nie tylko moje. Każda kobieta, która używa matowych pomadek wie, że prędzej czy później jej usta na tym ucierpią.Istnieje pytanie, czy można znaleźć produkt, który ma wykończenie matowe,a  przy tym nawilża usta? Ja znam odpowiedź na to pytanie i znam taki produkt. Jest nim pomadka z firmy Debby, która jest główną bohaterką tego posta. 
Przyznam, że wcześniej firma Debby była mi totalnie obca Wiem, że na początku swojej kariery robili dość dużą reklamę, rozsyłając swoje produkty do blogerek. Opinie były różne. Dziewczyny albo chwaliły, albo ganiły produkty totalnie. Ja jak pierwszy raz miałam do czynienia z pomadką najpierw pomyślałam: czemu jej nie widać na ustach? a za chwilę: czemu ona schodzi po wypowiedzeniu dwóch słów? Nie wiem jakim  cudem, ale po pewnym czasie sprawa zmienia się diametralnie. 


Pierwszym i niesamowitym plusem pomadki jest to, że jest wysuwana. I tu nasuwa się pytanie kolejny raz- to w końcu pomadka czy kredka? Ja będę ją nazywać pomadką i mam nadzieję, że ne będzie Wam to przeszkadzać. Uwielbiam wysuwane kosmetyki:) Od zawsze mam świra na tym punkcie;) Szata graficzna prosta, zero udziwnień. Na opakowaniu kilka podstawowych informacji Dzięki temu wygląd produktu jest dość elegancki i mnie, jako minimalistce przypadł wyjątkowo do gustu. Używając produktu od razu po otrzymaniu niesamowicie zaskoczyła mnie konsystencja. Miękka, kremowa. Pomadka po prostu ślizgała się po ustach. Mało tego, po chwili zaczęłam wyczuwać wyraźne nawilżenie! Żadnego ściągnięcia, uczucia suchych ust.. NIC! Czułam, jakbym na ustach miała masełko do ust, a nie matowy produkt. Pomadka nie pachnie prawie wcale, nie wyczuwam również smaku. Postanowiłam kiedyś, że będę jej używać codziennie, bo po prostu jest na tyle uniwersalna, że pasuje mi praktyczne do każdego makijażu. Wiecie co? Po jakimś czasie stała się dużo bardziej trwalsza. Serio, nie mam pojęcia czym było to spowodowane.. Czy mamy tu podobną sytuację jak w przypadku tuszy do rzęs, że muszą one złapać powietrze? Nie wiem. Nie mówię, że pomadka wytrzyma jedzenie, picie i nie wiadomo co, ale zjada i ściera się po prostu rozsądnie, a nie tak jak na początku w chwili. Co do koloru- musicie ocenić sami Moim zdaniem idealnie do mnie pasuje. Jest to delikatny pomarańcz (?), który wcale nie sprawia, że zęby są żółte. 




Kto zna produkty tej firmy i lubi?
Koniecznie dajcie znać!

sobota, 17 września 2016

Puder brązujący, roboczo zwany brą(on)zerem.

Hej!
Powiedzcie mi, czemu jak my chcemy wyjechać do Zakopanego to ZAWSZE, ale ZAWSZE pogoda musi się popsuć? Dzisiaj znowu jest to samo... Na szczęście zostajemy do poniedziałku więc mam nadzieję, że trafimy na chociaż jeden dzień, w którym będzie pięknie. 
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o pudrze brązującym, który zresztą możecie wygrać u mnie na fb. Wygrywają dwie osoby, więc jak macie ochotę, to zapraszam Was na mój fanpage  [klik].


Nie lubię nazwy 'puder brązujący'. Dla mnie to po prostu bronzer, którym zazwyczaj konturuję twarz. Przyznam, że nie wyobrażam sobie nim przyciemniać całej twarzy. Zazwyczaj podkreśla nim to, na czym mi zależy, ale o tym w dalszej części posta. Produkt dostałam na spotkaniu blogerek w Suchej Beskidzkiej, w którym brałam udział w lipcu. Tak jak wspomniałam, dostałyśmy kilka odcieni, więc jeden wzięłam dla siebie, jeden dałam mamie, a dwa chciałabym podarować Wam. Zazwyczaj nie używam produktów z firmy Sensique. Ne żebym ich nie lubiła, czy miała jakieś obiekcje. Po prostu jedyne czego używałam od nich to lakiery do paznokci. Kolorówka makijażowa była dla mnie nieodkrytym lądem. Sytuacja się zmieniła, a ja niezmiernie się cieszę, że czasami przez przypadek trafimy na produkt, który okaże się perełką :)


Jest jedna rzecz, która niesamowicie przeszkadza mi w bronzerze. Mam na myśli opakowanie. Plastikowe, ale tandetne Wszystkie napisy z tyłu został zdarte, co udowodnię Wam w następnym zdjęciu. Obawiam się, że gdyby mi upadł, mogłabym się pożegnać z zamknięciem plastikowym. Jak wiecie, jestem mega ofiarą losu, więc tylko czekam, aż taka sytuacja nastąpi. Po otwarciu możemy zobaczyć pięknie wytłaczane słońce, które ma chyba nawiązywać do zdrowej, opalonej cery. Uwielbiam, kiedy produkty do twarzy mają jakieś ładne tłoczenia. Zawsze na to zwracam uwagę. Na opakowaniu znajdują się podstawowe informacje o nazwie produktu, firmie, gramaturze, odcieniu, a także kilka słów od producenta. 


Produkt traktuję tak jak bronzer i do takich celów go używam Konturuję nim przede wszystkim kości policzkowe i czoło. Powiem Wam szczerze, że produkt cudownie się nakłada i blenduje. O dziwo nie osypuje się w nie wiadomo jakich ilościach, co zawsze strasznie mnie denerwowało. Po całym dniu, bez względu na to czy pada, czy świeci słońce produkt trzyma się na mojej twarzy bez zarzutu. Jak widzicie, kolor produktu jest bardzo jasny, ale jak dla mnie pasuje idealnie. Z tego co się zorientowałam, wybrałam sobie najciemniejszy odcień więc tak jak widać- produkt będzie idealny dla osób, które zaczynają przygodę z konturowaniem i nie chcą sobie zrobić krzywdy. Jeżeli chodzi o wydajność to mam wrażenie, że produktu będę używała wieki. Od lipca używam go dzień w dzień i widać tylko malutkie wgłębienie.


Oprócz opakowania, które same musicie przyznać że jest słabe, nic nie mogę zarzucić temu produktowi. Świetny efekt, bez przerysowania, idealne na codzień i co najważniejsze, za grosze  (8zł/12g)

Znacie produkty marki Sensique?
Co możecie mi polecić?

czwartek, 15 września 2016

Nowe, cieplejsze brwi= nowa ja!

Hej!
Ale się cieszę, że już prawie koniec tygodnia! Jestem jakoś wyjątkowo zmęczona i powiem Wam szczerze,  ze nic mi się  nie chce. Nie mogę się doczekać soboty, ponieważ wyjeżdżamy do Zakopanego <3. Wracamy dopiero w poniedziałek, więc zapobiegawczo muszę przygotować notki na kilka dni do przodu. W dzisiejszej, chciałabym Wam opowiedzieć o pomadzie do brwi, którą dostałam od Asieńki z bloga Joanna Dobosz Make-up. Jak się u mnie sprawdziła i czy cieplejsze brwi przy mojej karnacji to dobry pomysł? Zapraszam na post.


Jak wiecie moja historia z brwiami od początku byłą ość burzliwa. Kiedy byłam nastolatką, koleżanka wyregulowała mi je źle, potem czekałam aż odrosną, a potem trafiłam na kosmetyczkę, która miała wzloty i upadki. Raz zrobiła mi przepiękne brwi, idealnie równe i super wycieniowane, po to, żeby przy następnej wizycie zepsuć totalnie wszystko. Nie kosztowało to dużo, ale po prostu miałam dość, że zamiast wychodzić zrelaksowana i ucieszona, to wychodziłam wkurzona. Zaczęłam sobie robić sama brwi. Sama reguluję i sama wypełniam. Używałam zazwyczaj żeli lub cieni. Tym razem dostałam pomadę i chciałam sprawdzić, czym ona się różni od produktów, które były mi znane?. Wiecie czym?


WSZYSTKIM! Absolutnie wszystkim! Od konsystencji- co było rzeczą oczywistą, po trwałość, która zaskoczyła mnie totalnie. Jak już zaczęłam mówić o konsystencji, to może rozwinę temat dla tych, które nie miały do czynienia z pomadami. Jest to twardy,zbity, ale dość kremowy produkt jeżeli trochę się nad nim popracuje. Nie ukrywam, że ta struktura na początku sprawiała mi trudności. Nie wiedziałam, jak się mam za to zabrać :). Nakładałam za dużo, zostawały mi grudki. Jak to mówią przeważnie- trening czyni mistrza. Tak było i w moim przypadku. Przy którejś aplikacji, konsystencja nie sprawiała mi żadnego problemu. Warto tutaj wspomnieć, że do idealnego rozprowadzenia produktu NIEZBĘDNY jest dobry pędzel. Nie mówię, że musi być drogi, ale bez pędzla ani rusz! Ja używam skośnego z Lancrone i spisuje się super. W związku z dość 'ciężką' konsystencją, pędzel trzeba domywać często, ponieważ pomada zastyga na nim tak jak w przypadku naszych brwi.
Kolejną kwestią jest kolor. Zazwyczaj używałam u siebie kosmetyków, o zimnej barwie. Tym razem postanowiłam, że zaryzykuję i spróbuję ciepłego odcienia. Dużo z Was mi pisze, że do mojej karnacji zdecydowanie bardziej pasują takie kolory. Nie wiem, wcześniej się ich bałam, a teraz z tego co widzę, to naprawdę nie było czego! Generalnie uważam, że naprawdę do mojej oprawy oczu on super pasuje! Nie jest zbyt ciepły, nie wygląda komicznie. Mogę stwierdzić, że SOFT BROWN to w 100% mój kolor!
No i trwałość, trwałość to coś, za co kocham ten kosmetyk. Makijaż wykonuję rano koło 8.00, a zmywam wieczór, praktycznie w nocy koło 23.00 i pomada jest NIE DO RUSZENIA! Nigdy nie spotkałam się z takim kosmetykiem do brwi, który aż tyle wytrzymuje. Na dodatek  w ciągu dnia pigmentacja wcale nie traci na mocy! Wszystko pięknie się trzyma, nie rozmazuje i kolor jest taki sam, jak kilka minut po nałożeniu.


Produkt niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczył! Mimo tego, że na początku nie wiedziałam jak go nałożyć, jak z nim pracować to teraz wiem, że na pewno z niego nie zrezygnuję! Podejrzewam, że starczy mi na wieki, bo jest niesamowicie wydajny. Poniżej pokażę Wam, jak prezentuje się na moich brwiach.



I jak się prezentuje Waszym zdaniem?:)