czwartek, 23 marca 2017

Rozpoczynam walkę z kompleksami.

Dzień dobry :).
Jest już późne popołudnie, ja wróciłam z pracy, zrobiłam sobie kawkę i zajadam ciasto. W międzyczasie, jako że jestem osobą praktyczną i lubię robić kilka rzeczy naraz, nałożyłam na włosy moje nowe serum oczyszczające do skóry głowy, które mam okazję testować dzięki firmie Bionigree. W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam opowiedzieć o moim pierwszym wrażeniu z testowania produktu. Robię to po to, bo mam do rozdania jedno serum dla Was i chcę, żebyście chociaż troszkę o nim wiedziały. Kto wie? Może i któraś z Was będzie chciała o nie zawalczyć?:)


Nie jest to typowa recenzja, więc opis, właściwości oraz inne charakterystyczne elementy dla recenzji zostawię sobie na potem. Przyznam, że dziś po raz drugi użyłam produktu. Pierwszy raz nałożyłam go na włosy od razu po otrzymaniu.Nie wiem czy wiecie, ale jest to mój pierwszy produkt do włosów, który aplikuje się za pomocą pipetki. Zazwyczaj wcierki to były wcierki, odżywki to odżywki i żadnych innych niespodzianek. Niemniej jednak uważam, że taka forma aplikacja jest niesamowicie wygodna i bajecznie prosta. Na początku źle doczytałam i stwierdziłam, że należy nałożyć DWIE KROPLE produktu i rozmasować na skórze głowy. Myślę sobie, serio? Dwie krople? Dopiero potem doczytałam, że dwie pipety, ale to inna historia:). Uważam, że dwie pipety to idealna ilość, która wystarczy nam na skalp.


Po zaaplikowaniu serum na skalp poczułam przyjemny zapach.Nie jakiś owocowy, nie słodki, ale bardzo orzeźwiający-mentolowy.  Uwielbiam takie aromaty! Jakie pozostałe wrażenia po aplikacji? Produkt przyjemnie chłodzi i daje uczucie ukojenia podrażnionej skóry. Tak jak pisałam wyżej, nie będę opisywać efektów, bo na razie są to moje pierwsze wrażenia o produkcie, a nie recenzja. Nie wiem jak u Was, ale u mnie problem łupieżu, czy jakkolwiek zwie się to co mam na głowie, występuję głównie przy linii czoła. Jest to dla mnie niesamowicie krępujące, bo o ile rodzina i znajomi wiedzą, że mój problem nie wynika z braku higieny tylko jest chorobą, o tyle obcemu tego nie chcę tłumaczyć. Próbowałam już wszystkiego. Szamponów, wcierek, odżywek. Nic nie pomaga. 
Mam nadzieję, że regularne stosowanie tego serum pomoże mi w walce z moim największym kompleksem. Mam zamiar zdenkować go do końca, a potem wydam opinie. Oby była pozytywna :)

Macie takie problemy jak ja?
Jak sobie z tym radzić?
Chcesz wygrać ten produkt dla siebie? 

wtorek, 21 marca 2017

Nowości w mojej kosmetyczce od marki DermoFuture.

Witajcie :)
Planowałam ambitnie napisać w niedzielę posty na cały tydzień, ale powiem Wam szczerze, że większość czasu spędziłam poza domem. Była taka piękna pogoda, świeciło słońce, wiał lekki wiaterek:). Stwierdziłam, że nie warto siedzieć przed komputerem, kiedy robię to praktycznie codziennie w pracy 8 godzin. W sumie muszę opatentować jakiś system pisania i publikowania postów, bo powiem Wam szczerze, że moje plecy ostatnio dają o sobie bardzo znać. Niesamowicie mnie bolą, nie mogę siedzieć, nie mogę leżeć, więc muszę niestety ograniczyć siedzenie przed Tv i komputerem. Nie chcę nikomu zlecać pisania i publikacji za mnie, bo blog to moje dziecko i założę się, że żeby ta osoba jak się starała żeby było dobrze, to mnie i tak by to nie zadowoliło:).
Ale nie martwcie się, nikt mnie tu nie zastąpi, nikt nie będzie się wtrącał do bloga. Po prostu postaram się pisać hurtem kilka notek, a potem będę publikować automatycznie. Nie lubię tego co prawda robić często, bo mam wrażenie, że potem idę na ilość, a nie na jakość, ale obiecuję, że dołożę wszelkich starań, żeby wszystko było tak jak dotychczas.

Nie przedłużając przechodzę do dzisiejszego postu. Chciałabym Wam opowiedzieć troszkę więcej o nowościach, które dostałam na Evencie organizowanym przez firmę Tenex, Jeżeli nie mieliście okazji jeszcze poczytać co działo się wtedy w Warszawie, odsyłam Was do tego wpisu.


Do tej pory używałam dwóch kosmetyków marki DermoFuture i muszę przyznać, że sprawowały się bardzo dobrze. Mam nadzieję, że w przyszłym miesiącu uda mi się opublikować ich recenzję i poznacie bliżej działanie intensywnego serum likwidującego zmarszczki oraz przepięknie pachnącego zestawu do pielęgnacji ciała. Tych produktów nie znałam i nie mogłam znać, bo tak jak napisałam wyżej- są to nowości marki, które mogłyśmy wypróbować wraz z innymi blogerkami. 
Jak widzicie, mamy tu do czynienia z trzema kuracjami. Postaram się pokrótce opisać Wam każdą z nich. Jako że jeszcze nie korzystałam z żadnej,pozwolę sobie skorzystać z opisów znajdujących się na stronie firmy. Mogę Wam tylko powiedzieć na pierwszy rzut oka, że najprawdopodobniej najbardziej przypadnie mi do gustu kuracja rewitalizująca z witaminą A. Odmładzającą przekaże mamie, ponieważ wiem, że lubi testować takie nowości, Tę z witaminą K zostawię może sobie jak wykończę tą pierwszą. Od pewnego czasu zauważyłam, że mam bardzo popękane naczynka na twarzy. Uważam, że jest to 'efekt uboczny' zimy, gdzie mrozy mają niestety destrukcyjny wpływ na moją twarz. 

KURACJA USZCZELNIAJĄCA NACZYNKA Z WITAMINĄ K



1% WITAMINA K
WZMOCNIENIE NACZYNEK I REDUKCJA ZACZERWIENIENIA WITAMINA K W STĘŻENIU 1% SZYBKO ŁAGODZI I ZMNIEJSZA NASILENIE ZACZERWIENIENIA SKÓRY ORAZ WIDOCZNOŚĆ ROZSZERZONYCH NACZYNEK
Kuracja z witaminą K zawiera unikalne składniki z intensywnymi właściwościami regenerującymi i kondycjonującymi skórę. Uszczelniają one ścianki naczynek krwionośnych, zapobiegając ich nadmiernemu rozszerzaniu oraz zmniejszając ich widoczność. Ze względu na dużą zawartość (1%) witaminy K, zostają szybko zredukowane zaczerwieniania i zasinienia Olej arganowy optymalnie odżywia, zwiększając jędrność i elastyczność naskórka.

DZIAŁANIE KURACJI:
• wzmacnia i uszczelnia osłabione ścianki naczyń
• zmniejsza widoczność naczynek krwionośnych
• zapobiega nadmiernemu rozszerzaniu naczynek
• stymuluje procesy naprawcze
• regeneruje podrażnienia

Sposób użycia: Nakładać wieczorem na oczyszczoną skórę twarzy, szyi i dekoltu, delikatnie wmasować. Po wchłonięciu się preparatu zastosować krem na noc.

Pojemność: 20 ml
Cena: 42,90 zł
Do kupienia: tu.


KURACJA ODMŁADZAJĄCA Z BIOTYNĄ



100% SKUTECZNOŚCI BIOTYNY

Główny składnik preparatu – biotyna (znana jako witamina B7 lub witamina H) – bierze udział w metabolizmie białek i tłuszczy. Ma istotne znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania komórek, głównie stymuluje metabolizm komórek twarzy, szyi, dekoltu, grzbietów dłoni. Dzięki tej funkcji zwiększa biodostępność innych substancji aktywnych dostarczanych w głąb skóry oraz spowalnia proces starzenia się skóry, przywracając jej naturalny blask.

DZIAŁANIE KURACJI:
• regeneruje skórę
• poprawia gęstość
• zwiększa elastyczność
• stymuluje procesy naprawcze
• chroni przed nadmierną utratą wody
• odnawia naskórek
• regeneruje podrażnienia

 Pojemność: 20 ml
Cena: 42,90 zł
Do kupienia: tu.


KURACJA REWITALIZUJĄCA  Z WITAMINĄ A


 
100% SKUTECZNOŚCI WITAMINY A

Witamina A (retinol) to witamina młodości. Jej stymulujące działanie zmniejsza proces starzenia się skóry. Pełni ona funkcję czynnika normalizującego, odpowiada za regulowanie wzrostu komórek skóry. Retinol po dłuższym oddziaływaniu na skórę przenika do głębszych warstw naskórka, dzięki czemu wpływa na produkcję kolagenu i elastyny – daje to efekt ujędrnienia i zwiększenia elastyczności. Wraz z wiekiem spada ilość kwasu hialuronowego w skórze, który odpowiedzialny jest za prawidłowe nawodnienie skóry, witamina A stymuluje jego produkcję. Dzięki tym właściwościom po kilku miesiącach stosowania witaminy A skóra staje się jędrniejsza, bardziej elastyczna, drobne zmarszczki ulegają spłyceniu, unosi się kontur twarzy. Retinol to również substancja rozjaśniająca przebarwienia, jest skuteczny w walce z przebarwieniami posłonecznymi. Efektem kuracji witaminą A jest stopniowe zanikanie przebarwień, w miarę regularnego stosowania produktów z odpowiednią jej dawką.

EFEKTY
• poprawa struktury i spoistości naskórka
• wygładzenie skóry i redukcja zrogowaciałej warstwy naskórka
• cofanie objawów fotostarzenia skóry
• pogrubienie i odnowa skóry (dzięki zwiększeniu produkcji i zreperowaniu włókien kolagenu i elastyny)
• poprawa nawilżenia skóry (dzięki stymulacji produkcji kwasu hialuronowego)
• rozjaśnienie przebarwień posłonecznych, potrądzikowych i hormonalnych
• zwężenie porów skóry, które z wiekiem stają się bardziej widoczne
• zwiększenie jędrności i elastyczności skóry
• wygładzenie i zmniejszenie zmarszczek, w tym tzw. kurzych łapek wokół oczu oraz zmarszczek mimicznych
• poprawa konturu twarzy, unoszenie konturu twarzy

Sposób użycia: Nakładać kosmetyk wieczorem na oczyszczoną skórę twarzy, szyi i dekoltu, delikatnie wmasować. W przypadku skóry bardzo suchej po wchłonięciu się kuracji zalecane jest nałożenie kremu na noc.

Pojemność: 20 ml 
Cena: 42,90 zł
Do kupienia: tu.



 A Ty?
Którą kurację wybierzesz dla siebie?:)

czwartek, 16 marca 2017

Dlaczego o niektórych rzeczach dowiadujemy się za późno?

Witajcie!
Jak Wam mija dzień? Czwartek, to taki prawie weekend prawda? U mnie dziś wszystko dobrze się układało, co strasznie mnie cieszy. Mam nadzieję, że ważne sprawy zawodowe wypalą i zrealizuje jedno z większych wydarzeń w mojej 'karierze'.
Dziś przychodzę do Was z bardzo trudnym postem, gdzie szczerze mówiąc nie wiem za bardzo jak się za niego zabrać. Dlaczego? Bo okropnie jestem emocjonalna jeżeli chodzi o krzywdę zwierząt i troszkę się obawiam, że moja opinia wyrażona w tym poście będzie pokierowana emocjami które we mnie siedzą. Chociaż, czy na testowanie kosmetyków na zwierzętach można spojrzeć chłodnym okiem? Czy można przejść obok tego obojętnie? Ja nie potrafię. Wam zostawię możliwość wyrażenia subiektywnej opinii na ten temat. Tymczasem zapraszam na post o zjawisku powszechnym i przeze mnie ABSOLUTNIE nieakceptowalnym.


Wstyd się przyznać, bo jako kobieta, a w szczególności blogerka, temat testowania kosmetyków na zwierzętach nie powinien mi być obcy. Oczywiście jeśli chodzi o teorię oraz praktykę. Wiadomo, raz od czasu coś mi się gdzieś obiło, że firmy testują, nie testują, wchodzą w testy, rezygnują z tego, ale nie zgłębiałam się w temat. Może to okropne co teraz napiszę, ale po prostu mnie to nie interesowało. Nie zwracałam nigdy uwagi na to, czy na opakowaniu jest adnotacja o testach. Myślicie, że jestem znieczulicą i nie zależy mi na zwierzętach? Mylicie się i to bardzo. Należę do osób, które naprawdę kochają zwierzęta ( z wyjątkiem pająków, ponieważ się ich boję) i nie chcą im zrobić żadnej krzywdy. Moja obojętność na wykorzystywanie zwierząt przy tworzeniu kosmetyków wynikała tylko i wyłącznie z faktów, że do wczoraj nie wiedziałam jak naprawdę się to odbywa. Nie wiem jak mogłam być tak nie do edukowana żeby myśleć, że tak naprawdę tym zwierzętom się nie dzieje krzywda. Żyć w przekonaniu, że skoro mi nie zaszkodził balsam/krem/podkład, to czemu ma zaszkodzić jakiejś małpie, która ma skórę mniej wrażliwą ode mnie? Teraz jak o tym myślę to jestem na siebie naprawdę zła, że nie zagłębiłam się wcześniej w temat. Pewnie zastanawiacie się, co tak naprawdę otworzyło mi oczy i dlaczego teraz o tym mówię.


Wczoraj po powrocie z pracy zalogowałam się na Facebooka i weszłam na jedną z moich ulubionych grup makijażowych. Oczywiście najpierw przeglądnęłam dział sprzedaży, może akurat znowu coś mnie zainteresuję i kupię kolejny kosmetyk, który z dużym prawdopodobieństwem został przetestowany na jakimś zwierzęciu. Potem przeszłam do sekcji makijaży, gdzie mogłam ocenić, docenić prace koleżanek. Na sam koniec, między postami o idealnym blendowaniu, a kolejną pomadką na sprzedaż znalazłam filmik, po którym miałam ochotę strzelić sobie w pysk. Serio. Przysięgam Wam, że naprawdę oglądając go czułam się podle. Mowa oczywiście o filmie, na którym możemy za kratami klatki zobaczyć przestraszoną małpkę. Małpkę, na której prawdopodobnie odbył się szereg testów. Po co? Po to, żebym ja znowu mogła kupić sobie jakiś badziew, który najprawdopodobniej zużyje mi się i o nim zapomnę, albo przeterminuje się w szafie, z powodu nadmiaru podobnych pierdół. Oglądałam ten kilkudziesięciu sekundowy filmik, patrzyłam w oczy tego bezbronnego zwierzęcia i uwierzcie, że pożałowałam każdego głupio kupionego kosmetyku, który został przetestowany na biednej istocie. Chciałam Wam pokazać ten materiał, żebyście mogły zobaczyć i ocenić, czy kolejny kosmetyk jest wart takiego cierpienia, ale chyba został usunięty z grupy. 
Nie znajdziecie u mnie w tym poście żadnych technicznych, medycznych, ani statystycznych danych. Dlaczego? Bo jak weszłam na stronę żeby poczytać o tym jak się to odbywa to się rozpłakałam i nie dałam rady nawet poczytać o tym. Zainteresowanych odsyłam właśnie do tej notki, gdzie autorka opisała jak wyglądają takie testy [klik].
Dziewczyny, nie piszę tu tego po to, żeby udawać jaka ja to jestem humanitarna, nie chcę robić ze siebie drugiej Joanny Krupy, która walczy o prawa zwierząt. Chciałabym Was tylko prosić o jedno. O rozsądne dokonywanie zakupów i wspieranie firm, które nie przeprowadzają testów na zwierzętach. Wbrew pozorom tych firm jest sporo. Obiecuję Wam, że od wczoraj będę sprawdzać każdy kosmetyk pod tym kątem. Pożegnam się z moimi ulubionymi tuszami z L'oreal, ale ani trochę nie żałuję! Wiem, że nie uratuję świata, ale będę miała chociaż świadomość tego, że moja ręka nie przyłożyła się do cierpienia zwierząt. Że chcąc zaspokoić swoje głupie kosmetyczne marzenia nie krzywdzę bezbronnej istoty.




Może mój post był chaotyczny, z góry przepraszam, ale mówiąc o tym, od razu szarpią mną emocje i nie umiem na spokojnie podejść do tematu. Poniżej wkleję listę firm, które nie testują na zwierzętach. Mówię od razu, że nie udało mi się OSOBIŚCIE tego sprawdzić. Informacje pochodzą z internetu. Jeżeli Wy macie jakieś aktualne dane, proszę, piszcie w komentarzach.


A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Czy ja podchodzę do tego zbyt emocjonalnie? 
Zwracacie uwagę na to?

środa, 15 marca 2017

Duuuużo tańszy (a równie dobry) zamiennik płynnej pomadki Kylie.

Hej kochani!
Przepraszam, że dziś przychodzę tak późno, ale miałam sporo na głowie. Szczerze mówiąc myślałam, że w ogóle nie uda mi się Was odwiedzić, a tu jednak się udało i bardzo mnie to cieszy. Na wstępie powiem Wam jeszcze tyle, to za niedługo będę miała dla Was fajne serum do włosów, które pomoże szczególnie tym osobom które tak jak ja zmagają się z łupieżem;). Produkt jest nowy na rynku i możecie go testować ze mną. Śledźcie bloga i fb żeby nie przegapić!
Tymczasem przechodzę do tematu dzisiejszego posta i zgodnie z obietnicą chciałabym Wam dziś przedstawić duuużo tańszy zamiennik pomadki Kylie. Jeżeli jesteście ciekawi co to za produkt i dlaczego go szczerze polecam- zapraszam!



Firmy Golden Rose chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Od kilku ładnych lat jest popularna na polskim rynku, a produkty do ust biją na głowę inne firmy. Przyznam, że o ile do serii Velvet nie mogłam się przekonać, o tyle Liquid Matte Lipstick pokochałam od pierwszego użycia. Pomadka którą widzicie na zdjęciu jest moim najnowszym, a zarazem piątym nabytkiem w kolekcji. Posiadam również neonowy róż, czerwień, zgaszony róż i bliżej niezidentfikowany odcień:). Dlaczego zdecydowałam się na ten kolor? Już Wam tłumaczę. Bo szukałam zamiennika Kylie! Tak jest, dobrze przeczytałyście :). Najpierw zaopatrzyłam się w pomadkę za 20 zł, sprawdziłam czy pasuje mi kolor, a dopiero potem postanowiłam zainwestować w coś droższego. Czy GR wiele odbiega od wspomnianej Kylie?


Pomadka znajduje się w plastikowym, ale solidnym opakowaniu. Muszę Wam powiedzieć, że kolor butelki nie przekłamuje rzeczywistego odcienia produktu. Czasami tak niestety jest, że kolor szminki w opakowaniu jest inny niż rzeczywiście. Oczywiście są testery i inne bajery, ale wiecie jak z tym jest. Niestety,nie w każdym miejscu są dostępne. Co do aplikatora, jest również tak samo wygodny jak w przypadku Kylie. Miękki, precyzyjny, idealnie dopasowuje się do kształtu ust. 
Niewątpliwie na + przemawia zapach. Jest po prostu PRZEPIĘKNY! Waniliowy, słodki, kobiecy, kuszący! No wow! Trwałość? Spokojnie może stanąć na równi z Kylie. Przyznam, że nawet mam wrażenie, że jest ciut trwalszy, a może nawet nie tyle trwalszy, co równiej schodzi. Nienawidzę, kiedy pomadka schodzi płatami, albo brzydko zjada się ze środka. Tutaj nic Was takiego nie spotka. Produkt przetrwa ciepłe napoje, jak również tłustsze potrawy. Spokojni wytrzymuje mój 8 godzinny dzień pracy. Wiecie w czym przebija Kylie? Niewątpliwie w tym, że znacznie mniej wysusza mi usta. Wysusza, jak każdy mat, ale  to wysuszenie jest dla mnie mniejsze. Być może wynika to z faktu, że nie zastyga aż na taki mocny mat jak Kylie. I to jest właśnie jedyny mini mini minus, jaki mogę jej przyznać.


Poniżej pokażę Wam różnicę pomiędzy Golden Rose, a Kylie i same zobaczycie, ze różnice są naprawdę minimalne. Na tyle małe moim zdaniem, że naprawdę nie warto przepłacać za Kylie, skoro mamy równie dobry drogeryjny produkt.


Kylie zestaw z konturówką- ok. 250 zł (Lipstick Freak)
Golden Rose- ok. 20 zł

Jeżeli chcecie przeczytać o Koko K, zapraszam tutaj.

A jakie jest Wasze zdanie?
Warto przepłacać tylko dlatego, że produkt jest firmowy?

wtorek, 14 marca 2017

Najczęściej używana pomadka ever.

Witajcie!
Pomyślałam sobie, że już dawno nie recenzowałam żadnego produktu do ust. No dobra, w sumie jak to teraz piszę to stwierdzam, że wcale nie tak dawno, bo niecały miesiąc temu, a dokładniej tutaj pisałam Wam o taniej, dostępnej stacjonarnie pomadce. Dziś opowiem o produkcie nieco droższym, ale idealnym na codzień. Nie zmienia to faktu, że produkt nie posiada wad, bo mimo swojej ceny można się ich doszukać :).
Zapraszam Was serdecznie na post o pomadce Kylie w odcieniu Koko K.


Ci co czytają mnie dłużej wiedzą, że jestem ostatnią chyba osobą, która lubi wydawać wielkie pieniądze na kosmetyki. Owszem, lubię dobre produkty, lubię markowe rzeczy, ale wydanie ponad 100 zł na pomadkę do ust jest dla mnie przesadą. Na szczęście tym razem nie musiałam się bić z myślami czy kupić czy nie kupić, bo pomadkę dostałam w prezencie. No tak to już jest jak się siedzi na internecie,wzdycha do niektórych rzeczy, a ktoś chce nam sprawić przyjemność i w końcu lituje się nad nami i kupuję :). Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem typową polską cebulą tylko uważam, że na rynku mamy naprawdę sporo dużo tańszych, a niezbyt odbiegających jakościowo od tej pomadek. Przykładem może być płynna pomadka z GR, o której opowiem Wam jutro i sami zobaczycie, że nie wiele różni się kolorem od tej. Różnice można zauważyć w cenie, bo GR jest 5x tańsze prawie ale tak jak piszę, o tym pogadamy jutro.


Przyznam, że pomadka była na mojej chciejliście. Zapytacie pewnie czemu, skoro kolor jest pospolity, cena jak dla mnie zaporowa, a jakością nie odbiega od GR. Wiecie czemu? Bo świat blogerski i vlogerski sam napędza nasze chciejlisty:). Przecież gdyby nie fakt, że pomadki weszły szturmem do polskiej strefy Beauty, to nigdy bym się o nich nie dowiedziała. Zastanawia mnie najbardziej to, że pracuję w reklamie, moje studia w pewnym stopniu są związane z marketingiem, a ja za każdym razem daje się nabrać na marketingowe chwyty. Oczywiście nie zmienia to faktu, że lubię się czasem poddać temu medialnemu szumowi :).


Pomadka znajduje się w plastikowym opakowaniu. Oczywiście była zabezpieczona kartonikiem, którego się pozbyłam w trakcie porządków. Szata graficzna jest po prostu ładna. Nie zachwyca jakoś niesamowicie, nie jest nie wiadomo jak kobieca. Jest po prostu ładna :). Na opakowaniu znajdują się podstawowe informacje o produkcie. Coś, co urzekło mnie na pewno w tym produkcie to zapach! Jak dla mnie jest on słodki, może trochę waniliowy i co najlepsze, dość długo utrzymuje się na ustach. Oczywiście dla osób, które wolą bezzapachowe pomadki nie będzie to najlepsze rozwiązanie ani zaleta, ale dla takiego maniaka zapachowego jak ja, jest to jeden z wielu plusów. Na uwagę zasługuje również aplikator, który jest miękki, precyzyjny i pozwala na nałożenie idealnej ilości produktu. Pomadka zasycha dość szybko i po zaschnięciu tworzy mat, który uwierzcie mi, jest nie do zdarcia! Po każdym użyciu pomadki mam problem z jej zmyciem! Nawet podczas robienia swatchy do tego postu miałam potem problem z domyciem ręki:).


Kolor to idealny nudziak na codzień. Uwielbiam go do każdego makijażu. Lubię go do smokey eyes, lubię do zwykłej kreski pin-up i lubię do lekko podkreślonych tylko brwi. Uważam, że to taki odcień, który pasuje zarówno do blondynek jak i do brunetek. Nie wiem jak Wy, ale ja się najlepiej czuję w takich kolorach. Wydają mi się one takie niezobowiązujące i pasujące do każdej z  nas bezwzględu na wiek. Niestety, pomadka nie jest bez wad jak wspomniałam wyżej. W sytuacji, kiedy noszę ją często, a ze względu na jej trwałość to robię, produkt strasznie wysusza mi usta. Wiem, że jest to cecha matowych produktów, ale niestety ja tego nie lubię. Dodatkowo w ekstremalnych sytuacjach podkreśla suche skorki, a  to już nie wygląda estetycznie. A tak Kylie prezentuje się na ustach.



Niestety mam zdjęcie tylko z Insta stare, bo na chwilę obecną moje usta są w takim stanie, że uwierzcie mi- każda pomadka wyglądałaby na nich źle a wiem, że wy lubicie zoaczyć jak wygląda efekt na ustach:)

Co myślicie o wielkim Boom na te produkty?
Macie coś od Kylie?

poniedziałek, 13 marca 2017

Konkurs na dobre rozpoczęcie tygodnia!

Hej hej :)
Tak sobie pomyślałam, że może uda mi się komuś sprawić radość i podarować jeden zestaw od firmy Peemer?:) Jak postanowiłam, tak zrobiłam! Do rozdania mam jeden zestaw w skład którego wchodzi wybrane przez Was lusterko i czyścik do ekranu:).

Zasady są jak zawsze łatwe, a cała zabawa odbywa się na facebook'u:)
Zapraszam! [klik]





niedziela, 12 marca 2017

Rewolucja w robieniu Selfie!

Witajcie;)
Jak Wam mija niedziela? Ja wczoraj byłam na zajęciach, ale zaczęło mnie rozkładać i wróciłam kilka godzin przed zakończeniem do domu. Czuję się strasznie przeziębiona. Boli mnie głowa, ucho i mięśnie. Nienawidzę być chora! Dziś postanowiłam zostać w domu zamiast iść na uczelnię i czas ten wykorzystam na przygotowanie dla Was postu o fenomenalnym wynalazku do robienia idealnego selfie:) Jesteście gotowi i chcecie poznać mój sekret? Zapraszam!


Kiedy odezwały się do mnie właścicielki firmy Peemer  z propozycją przetestowania lusterka na telefon wiedziałam, że chcę wypróbować ten gadżet. Jestem gadżetomaniaczką, nie można mi tego odmówić. Oczywiście jak większość z nas szukam gadżetów, które są: funkcjonalne, praktyczne, ale również ładnie się prezentują. Jestem kobietą, estetką, więc chyba nikogo to nie dziwi? Od razu po wysłaniu moich danych do wysyłki weszłam na stronę i przepadłam! Ilość wzorów i kolorów, z których możemy wybierać nasze lusterko jest naprawdę spora! Nie wiedziałam co wybiorą dla mnie właścicielki, ale w sumie już wtedy byłam pewna, że jakikolwiek kształt do mnie trafi będę zadowolona.


Nie wiem ile z Was śledzi mnie na Instastory (jeżeli tego nie robicie, to serdecznie zapraszam <klik>), ale Ci co obserwują, to pewnie mieli okazję zobaczyć Open Box tego produktu. Lusterko przyszło pięknie zapakowane, co zresztą widzicie na zdjęciu. Uważam, że to urocze pudełeczko można wykorzystać na wiele sposobów. Idealnie sprawdzi się jako pudełko na prezent, jeżeli będziemy chcieli kogoś obdarować, jak również może służyć jako tło do zdjęć. Szczerze? Widać w całej polityce firmy kobiecą rękę, co bardzo mnie cieszy:). Nie generalizuję zazwyczaj i nie chcę tego robić też teraz, ale uważam, że jeżeli w firmie osobą odpowiedzialną za marketing jest kobieta to istnieje duże prawdopodobieństwo, że paczka przyjdzie pięknie zapakowana. Jeżeli czyta mnie jakaś blogerka to dajcie znać, jakie są Wasze odczucia w tym temacie :). 


Chciałabym jeszcze wrócić do kształtów lusterek. Jak widzicie trafiło do mnie absolutnie kobiece, niesamowicie słodkie i piekielnie urocze serduszko. Pierwszą moją myślą i reakcją, którą mogliście zobaczyć było: ''O wow, ale to słodkie''! No jestem kobietą- pisałam wyżej:). Lubię takie open box'y, bo wtedy moja reakcja którą widzicie jest 100% naturalna i możecie zobaczyć, jakie jest moje pierwsze zdanie o produkcie. Serduszko ozdobione jest cekinami, co jeszcze dodaje mu uroku! Gdyby okazało się, że wolicie kształty proste, czy po prostu pospolite, to na stronie Peemer na pewno znajdziecie coś dla siebie. Możecie wybierać spośród dwóch kategorii:
* PREMIUM- Znajdziecie tam właśnie takie perełki jak moja, ale również pojawił się tam prostokąt, owal, czy lusterko w kształcie kwiatka. Każde lusterko jest robione ręcznie (!) i ozdobione kryształkami Swarovskiego.
*JOY & FUN- Tutaj czeka na Was również ogrom kształtów i kolorów. Lusterka są lekkie, ponieważ wykonane zostały z tworzywa sztucznego.
Na stronie Peemer znajdziecie również czyściki do telefonów. Mój w serduszka wylądował na telefonie służbowym, ponieważ zazwyczaj on najszybciej się brudzi :).


Montaż urządzenia jest banalnie prosty! Wystarczy tylko odkleić folię zabezpieczająca rzep i już:). Przyznam, że trochę obawiałam się, że jeżeli urządzenie będzie montowane na magnez, to mogę mieć problem z baterią w telefonie, a jeżeli będzie miało gumową podstawę, to będę miała problem z zasięgiem. Nic bardziej mylnego! Zamontowanie lusterka w żaden sposób nie wpływa na pracę Waszego telefonu. 


Jak robić zdjęcia? Idealnie przedstawia to zdjęcie, które umieściłam jako pierwsze. Odwracacie telefon aparatem w swoją stronę, kontrolujecie w lusterko, czy wszystko ok i cyk;)! Robienie zdjęć tylnym aparatem nigdy nie było takie proste jak teraz:). Zazwyczaj jak chciałam zrobić sobie selfie, to musiałam kombinować albo z przednim aparatem, który ma gorszą rozdzielczość, albo robiłam na 'ślepo', a to wiadomo różnie wychodziło;). Poniżej pokażę Wam zdjęcie, które wykonałam tylną kamerą z użyciem tylko i wyłącznie lusterka. Jak widzicie można i nie wychodzi to źle:).



 A czy gadżet przyda się osobom, które nie lubią sobie robić selfie? Jasne! Która z nas w ciągu dnia nie potrzebuje skontrolować, czy makijaż nie rozmazał się w trakcie deszczu, albo czy ulubiona szminka nie zawiodła i nie rozmazała się nieestetycznie?:) Ja uważam, że Peemer to przyjaciel każdej kobiety!


Serdecznie zapraszam Was do odwiedzenia strony Peemer  oraz ich profilu na Fb. Lajkujcie ich profil na Facebooku, a kto wie...może będę miała małą niespodziankę dla Was?:)

Lubicie takie gadżety?:)

sobota, 11 marca 2017

Pierwszy raz w Warszawie, czyli o jednym z lepszych spotkań w jakim brałam udział!

Hej kochani!
Jak Wam mija weekend? Ja jak wiecie zaczęłam studia drugiego stopnia i właśnie teraz, jak Wy siedzicie sobie w domku najprawdopodobniej z popołudniową kawką w ręce, to ja piszę ten post:). 
Emocje już opadły po wyjeździe, więc postanowiłam stworzyć relację z wyjazdu, w którym miałam okazję uczestniczyć 3.03.2017 roku. Mówię od razu, że nie mam zbyt dużo zdjęć z wyjazdu, ale większość mogło śledzić moją relację na Instastory, gdzie zresztą serdecznie Was zapraszam  <klik>.

Moja przygoda z wyjazdem zaczęła się tak naprawdę już w piątek od razu po północy. Po 1.00 wyjechaliśmy z Żywca do Katowic, skąd miałam przesiadkę na Polskiego Busa. Przyznam, że dla mnie ogarnianie tych wszystkich linii, przesiadek, wysiadek itd. itp. jest czarną magią i NIENAWIDZĘ organizować sobie dojazdów :). Lubię jeździć autobusami, ale najlepiej jak ktoś mi to zaplanuje i tu tą bardziej praktyczna stroną życia wykazał się Mirek :). Po 3.40 wyjechaliśmy z Katowic do Warszawy, gdzie według planu miałam być o 10.00, Niestety między miejscem w którym wysiadałam, a Pałacem Kultury i Nauki gdzie mieliśmy się spotkać o 11.00 była jakaś godzina drogi pieszo, więc nie mogłam sobie pozwolić na spacer po Warszawie. Myślałam o zamówieniu Ubera, bo tak jak głosi tytuł posta, nigdy nie byłam w stolicy i nie wiedziałam za bardzo gdzie, co i jak. Niestety okazało się, że żeby zamówić Ubera muszę mieć kartę kredytową, której niestety nie posiadam. Kolejnym pomysłem była taksówka, ale akurat żadnej konkretnej nie spotkałam na dworcu. Koniec końców padło na metro i tu również pomógł mi Mirek, który już był w  Warszawie parę razy. Dotarliśmy na miejsce, gdzie w Złotych Tarasach spotkałam się z GosiąMazgoo, Czarszką i Angel (jeżeli kogoś nie oznaczyłam to przepraszam:)). Potem w komplecie poszłyśmy pod Pałac, gdzie czekał na nas Michał z resztą zaproszonych blogerów i pojechaliśmy do miejsca docelowego, którym była siedziba firmy Tenex.


Powiem Wam szczerze, że tak idealnie przygotowanego i zorganizowanego eventu jaki zrobiła firma Tenex, to się nie spodziewałam! Na początku krótkie przywitanie, parę słów o celu spotkania i przeszliśmy do prezentacji nowości, które już niedługo mogą trafić w Wasze łapki.
 
 
  Z Panią prowadzącą zajęcia miałam okazję spotkać się już w Górce, podczas jesiennego SoB, o którym możecie poczytać tutaj.  Widać, że osoby, które opowiadają o produktach,  firmie, o nowościach, robią to z niesamowitą pasją, a ja jak wiecie, strasznie cenię sobie takich ludzi! Najprzyjemniejszą częścią spotkania było zmycie makijażu i użycie masażerów :). Nigdy wcześniej nie miałam okazji korzystać z czegoś takiego, ale muszę przyznać, że jest to relaks idealny! Korzystałam z masażera złotego i rozgrzewającego, ale zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu złoty. Uwierzcie mi, że mogłabym się nim masować i masować :).Więcej możecie poczytać o nim tutaj. Jeżeli chodzi o produkty ktore poznałyśmy, to nie chcę się tu za bardzo rozpisywać, bo planuję oddzielnie post na ich temat. Uwierzcie, jest o czym pisać:). Dziś chciałabym tylko nawiązać do jednego produktu, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Nie będę Wam sama o nich opowiadać, bo i tak do końca nie opisałabym efektu. Po prostu, musicie to zobaczyć! Wierzę w 100% w ten produkt, bo widziałam na żywo efekty na SoB.
 
 
 
Po masażu twarzy przyszedł czas na poprawki makijażu. Tu z pomocą przyszła nam firma Constance Carroll. Pamiętacie ich kosmetyki? Ja pamiętam jak używała ich moja mama i nie przypuszczałabym wtedy, że kiedyś będę miała okazję osobiście poznać osobę reprezentującą markę:). Poznałyśmy sporo nowości, poprawiłyśmy makijaże i dostałyśmy do testów spoooorą ilość nowości:). Co jak co, ale cienie metaliczne są obłędne!
Po makijażu przyszedł czas na jedzonko:). Muszę zaznaczyć, że firma cały czas dbała o to, żeby niczego nam nie zabrakło:). Przed lunchem można było częstować sie zarówno słodkościami, jak również apetycznie wyglądającymi jabłkami.



Co do lunchu, dania przygotował dla nas catering i uwierzcie mi, że wszystko tak pięknie wyglądało, że zapomniałam zrobić zdjęć- brawo ja :). Po spotkaniu udaliśmy się do Pałacyku Otrębusy, gdzie firma przygotowała dla nas różne atrakcje, kolacje i oczywiście nocleg. Zapraszam Was na stronę Pałacyku, bo nie jestem w stanie opisać słowami, jak pięknie tam jest!!! Może zdjęcia oddadzą charakter miejsca, bo słowa to zdecydowanie za mało:)



Mieliśmy jakieś 2-3h na spędzenie czasu według własnych potrzeb, a ja byłam tak zmęczona całonocną podróżą, że położyłam się na łożku i padłam jak mucha :). W pokoju była ze mną Dorotka, która jest tak super śmieszna, że długo będę ją wspominać. Naprawdę, godzina z nią w pokoju, a mnie już bolał brzuch ze śmiechu :). Odpoczęłam na chwilę, potem szybki prysznic i o 19.00 czekała na nas kolacja z przedstawicielami firmy. Powiem Wam, że wszystko było tak dopracowane, że naprawdę aż mi kopara opadała. Co jak co, ale torcik lodowo bezowy zapamiętam naprawdę na długo! Chwilę porozmawialiśmy jeszcze o naszych problemach blogowych, technicznych i innych sprawach, po czym rozeszliśmy się do pokojów ;). Wiem, że odbywała się jeszcze impreza 'pokolacyjna' i serdecznie dziękuję za zaproszenie na nią, ale chyba się już starzeje i po kilku godzinach podróżowania zasnęłam jak dziecko;).
 
 
Po przebudzeniu czekało na nas śniadanie, po czym trzeba się było spakować i wracać z powrotem do Warszawy, gdzie pożegnaliśmy się ze sobą i każdy spędzał czas wedle uznania.


Ogólne podsumowanie eventu:
Przyznam, że wiedziałam, że zabawa będzie super, bo z większością blogerów.vlogerów miałam okazję już się poznać i wiedziałam, że firma na pewno stanie na wysokości zadania organizując spotkanie ale to co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwanie! Niesamowicie pouczające wykłady. odpoczynek, o jakim marzy każda kobieta, prezenty, które również lubi każda z nas i piękny Pałacyk, w którym można zapomnieć o całym świecie! Strasznie się cieszę, że miałam okazję uczestniczyć w wydarzeniu. Z Warszawy wyjechałam przed 18.00,a do domu wróciłam koło 23 i po powrocie wyglądałam tak :D
 
 

Przedstawiam Wam również listę blogerów, którzy bawili się ze mną w Warszawie.

piątek, 10 marca 2017

Wyniki ostatnich rozdań!

Witajcie kochani! 
Dawno mnie tu nie było,ale naprawdę dzieje się dużo. Teraz już w miarę wszystko powoli się normuje, więc będę miała czas, żeby wrócić do w miarę regularnego blogowania. 
Jak już pewnie wiecie, w ubiegły piątek ( swoją drogą dopiero teraz sobie uświadomiłam, że minął już tydzień!) miałam okazję uczestniczyć we wspaniałym wydarzeniu, organizowanym przez firmę Tenex. Dla tych, którzy nie do końca może kojarzą nazwę, to na pewno skojarzycie o kogo mi chodzi, kiedy wspomnę tu o kosmetykach Dermo Future :). Było super! Nic więcej Wam nie zdradzę dzisiaj, bo właśnie po ogłoszeniu wyników zabieram się za pisanie relacji z wyjazdu!
Wiem, że dużo z Was czekało na wyniki, ale uwierzcie mi, że najpierw obrona, potem wyjazd i sprawa wyleciała totalnie z głowy. Nie przedłużając. Rozdanie z marką Make up Revolution wygrywa:

DOMINIK NOGA

Natomiast lakiery lecą do:

ALEKSANDRY RAK

Gratuluję i proszę o dane do wysyłki na adres:
goralka18@o2.pl
(standardowo na adresy czekam 3 dni, po tym czasie losuję inną osobę)